Kraków, 1904: napad na sklep zakończył się krwawą tragedią rodziny Kleszczów

Kraków, 1904: napad na sklep zakończył się krwawą tragedią rodziny Kleszczów

Napad na rodzinę prowadzącą sklep przy ulicy Kącik 7 w Podgórzu zakończył się śmiercią Józefa Kleszcza i ciężkimi obrażeniami jego żony oraz niemowlęcej córki. Do wykrycia sprawców doprowadziło dopiero zatrzymanie podejrzanych w innej sprawie, miesiąc później. Za zbrodnię z maja 1904 roku zapadły dwa wyroki śmierci, ale żaden nie został wykonany.

Pierwszy sygnał, że w mieszkaniu Kleszczów wydarzyło się coś złego, usłyszał kolejarz kończący nocną służbę. O świcie 4 maja zatrzymał go płacz dziecka dobiegający z lokalu przy nieotwartym jeszcze sklepie. Kiedy zajrzał do środka, znalazł martwego właściciela, poważnie ranną kobietę i ich potrzebującą ratunku córkę.

Józef miał 31 lat, jego żona Maria — 28, a Aleksandra zaledwie dziesięć miesięcy. Napastnicy zaskoczyli ich we śnie. Zadawali uderzenia siekierą, po czym usiłowali pozbawić domowników życia, przyciskając im do twarzy poduszki. Kobieta i dziewczynka przetrwały atak, choć obie zostały ciężko poszkodowane.

Zanim na miejscu pojawili się funkcjonariusze, lekarz i urzędnicy, do mieszkania weszli sąsiedzi. Samodzielne poszukiwanie dowodów przez okolicznych mieszkańców utrudniło późniejsze oględziny. Przesłuchaniom od początku towarzyszyły krążące po okolicy pogłoski.

Do sprawców doprowadziło inne włamanie

W pierwszym okresie śledztwa policjanci podążali za tropami, które okazały się błędne. Maria nie mogła złożyć spójnej relacji. Z wypowiadanych przez nią pojedynczych słów śledczy wyłowili imię Michał oraz nazwisko Wolujczyk. Zatrzymali więc znajomego rodziny, Michała Wolujczyka, pracownika podgórskiej fabryki szpagatu. Badanie lekarskie nie wykazało jednak śladów krwi na jego ubraniu ani ciele.

Do aresztu trafił również Jan Mrowiec, znający Józefa Kleszcza. Podczas przeszukania znaleziono u niego zakrwawiony pilnik. Dopiero po mniej więcej miesiącu wyjaśniono, że mężczyzna nie uczestniczył w napadzie.

Przełom nastąpił po zatrzymaniu trzech młodych ludzi podejrzewanych o włamanie do sklepu z tkaninami Neumanna przy ulicy Floriańskiej. Doszło do niego nocą z 3 na 4 czerwca 1904 roku. Wśród zatrzymanych znaleźli się Jan Sobol i Jan Gregorski. Podczas wielogodzinnego przesłuchania Gregorski ujawnił swój udział w napaści na Kleszczów i obciążył Sobola.

Obu osadzono w więzieniu św. Michała. Nie zaprzeczali uczestnictwu w zbrodni, lecz przedstawiali odmienne wersje wydarzeń i przerzucali na siebie odpowiedzialność. Gregorski mówił między innymi o rozmowach na temat „chrztu krwi”. Twierdzenie to pochodziło jednak od oskarżonego, któremu zależało na umniejszeniu własnej roli.

Ustalony przebieg przygotowań wskazywał na motyw rabunkowy. Kleszczowie żyli z niewielkiego sklepu i nie byli zamożni, ale odkładali pieniądze w mieszkaniu. Sobol i Gregorski znali rodzinę oraz wiedzieli o oszczędnościach. Pierwszy z nich pracował wcześniej w sąsiedztwie, odwiedzał Kleszczów i znał miejsca, w których mogli przechowywać gotówkę.

Plan kradzieży rozważali już u schyłku 1903 roku. Sami potrzebowali pieniędzy, a ich uwagę przyciągał zielony kuferek, mający według ich przypuszczeń zawierać 700 koron.

Przygotowania do rabunku i nocny atak

Przed napaścią przez kilka godzin ukrywali się na szkolnym strychu w okolicy Krzemionek. Następnie od strony Wisły przedostali się na podwórze posesji Kleszczów. W sieni znaleźli siekierę. Sobol wybrał ją zamiast dłuta, którego początkowo zamierzali użyć, uznając ją za skuteczniejsze narzędzie. Drzwi do mieszkania otworzył Gregorski.

Ciosy zadawał Sobol. Zaatakował śpiących małżonków, a następnie płaczącą Aleksandrę. Po próbie uduszenia ofiar sprawcy zabrali się do przeszukiwania lokalu. Zielonego kuferka nie odnaleźli; przeoczyli też część gotówki oraz książeczki oszczędnościowe.

Proces przed sądem karnym w Krakowie rozpoczął się 30 czerwca 1904 roku. Oskarżeni wskazywali na swoje trudne dzieciństwo, niedostatek i brak widoków na poprawę sytuacji. Wśród zeznających była Maria Kleszczowa, wciąż bardzo osłabiona po doznanych obrażeniach. Nie potrafiła opisać napaści ani wskazać napastników. Ponieważ przesłuchanie nadmiernie ją wyczerpywało, sąd zrezygnował z dalszych pytań.

Postępowanie trwało dwa dni. Już 1 lipca przysięgli orzekli winę obu mężczyzn, a sąd wymierzył im karę śmierci przez powieszenie. Jednocześnie ława przysięgłych wystąpiła o darowanie życia Gregorskiemu. Decyzję w sprawie łaski miały podjąć centralne władze w Wiedniu.

Sobola poddano ponadto badaniom poczytalności. Lekarze nie znaleźli podstaw, by z powodu zaburzeń psychicznych zakwestionować jego odpowiedzialność za popełnione czyny.

Cesarz zmienił kary obu skazanym

Oczekiwaniu na ostateczne rozstrzygnięcie towarzyszył incydent przed więzieniem św. Michała. Dnia 30 listopada zgromadzili się tam ludzie przekonani, że mają odbyć się egzekucje. Żądali wpuszczenia, okazując rzekome bilety wstępu. W rzeczywistości na ten dzień nie wyznaczono wykonania żadnego wyroku — padli ofiarą ponurego żartu.

Informację o cesarskiej łasce dla obu skazanych krakowskie gazety przekazały 19 grudnia 1904 roku. Sobolowi zamieniono wyrok na dożywotnie ciężkie więzienie, natomiast Gregorski otrzymał karę 20 lat pozbawienia wolności. Dodatkową dolegliwością miało być coroczne zamykanie obu w ciemnicy 4 maja, w rocznicę ataku na rodzinę.

Wiadomość, że unikną egzekucji, przyjęli z ulgą. Z krakowskiego aresztu zostali następnie przetransportowani do więzienia w Wiśniczu.

Źródło: Urząd Miasta Krakowa